Dzisiejsza Ewangelia należy do tych, które czytam i od razu myślę: „O nie. To jest zbyt trudne. Zbyt skomplikowane. Nie mam pojęcia, co z tym zrobić”.
Tymi rozważaniami dzielimy się na początku każdego roku, każda siostra ma swój miesiąc więc od dawna wiedziałam, że w czerwcu przypadnie moja kolej. Nie zaglądałam jednak wcześniej, jaka Ewangelia przypadnie teraz. Gdy kilka dni temu otworzyłam to Słowo, pomyślałam: „Dlaczego akurat ta?”.
Przecież chwilę wcześniej jest fragment, o którym mogłabym napisać wiele. Chwilę później Jezus zauważa ubogą wdowę wrzucającą dwa pieniążki do skarbony świątynnej. Ile tam jest pięknych myśli, ile gotowych skojarzeń, ile inspiracji. A tutaj? Dyskusja o tym, czy Mesjasz jest Synem Dawida, skoro sam Dawid nazywa Go Panem…
Ale przeceż dzielenie się Słowem nie polega na pisaniu własnych mądrości. Nie chodzi o cytowanie najmądrzejszych autorów, wyszukane komentarze, piękne porównania i obrazy- chociaż to wszystko ma swoją wartość. Chodzi przede wszystkim o podzielenie się własną relacją ze Słowem.
Pierwszym aspektem mojej relacji ze Słowem jest prawda, że czasem to Słowo mi się nie podoba. Czasem wydaje się za trudne, za duże, zbyt skomplikowane. Czasem mam wrażenie, że jest nie na miejscu, nie na ten moment, za wcześnie albo za późno.
I tutaj pojawia się ważne słowo: „wydaje mi się”.
Bo przecież słowo Boże nigdy nie jest za wcześnie ani za późno. Jest jak poranek. Zawsze przychodzi dzisiaj. Zawsze jest na teraz. Zawsze jest dla mnie. Zawsze jest świeże, nowe i życiodajne. To tylko mnie się czasem wydaje, że jest inaczej.
Równocześnie z poczuciem niezrozumienia tej Ewangelii pojawił się we mnie pokój. Taki cichy, ukryty głęboko pod warstwą emocji i myśli. Pokój, który szeptał, że jeśli dziś nie rozumiem, to zrozumienie przyjdzie. Był jak światło przebijające się przez niewielką szczelinę. Delikatne, ale uparte. I właśnie tego światła chciałabym się uchwycić.
Kiedy patrzę na dzisiejszą Ewangelię, przychodzi mi do głowy obraz włożenia kija w mrowisko.
To dość potoczne określenie. Wystarczy poruszyć mrowisko, a wszystko nagle zaczyna się ruszać. Mrówki biegają, reorganizują swoje ścieżki, szukają nowych rozwiązań. Coś, co wydawało się ustalone i uporządkowane, nagle wymaga zmiany.
Mam wrażenie, że właśnie coś podobnego robi dziś Jezus. Zadaje uczonym w Piśmie jedno pytanie, które burzy ich utarte schematy myślenia. Pokazuje im miejsce, w którym zatrzymali się na własnych wyobrażeniach. Są tak przyzwyczajeni do swoich interpretacji, że nie potrafią zobaczyć więcej. Nie potrafią rozpoznać stojącego przed nimi Mesjasza.
Oczywiście ten obraz jest niedoskonały. Bo można też włożyć kij w mrowisko po to, żeby zniszczyć, przestraszyć albo sprawić komuś przykrość. Jezus nie działa w taki sposób. Jego intencją nie jest rozwalenie mrowiska. On nie przychodzi niszczyć. On przychodzi ożywiać.
Nie chodzi Mu o rozbicie wszystkiego, ale o odświeżenie spojrzenia. O pokazanie nowej perspektywy. O wyprowadzenie człowieka ze stagnacji. I wtedy pojawia się pytanie o moje własne mrowisko.
Jakie są moje utarte schematy? W jakich miejscach przyzwyczaiłam się do tego, że „zawsze tak było”? Jakie ścieżki wybieram tylko dlatego, że są znane i bezpieczne?
Myślę o relacjach, sytuacjach i decyzjach, w których łatwiej jest pozostać przy tym, co znane. Nie ryzykować. Nie zmieniać niczego. Przetrwać. Przeczekać. Wszystko przecież jakoś działa. Tylko że czasem działa już bardziej jak maszyna niż jak życie.
I im dłużej piszę te słowa, tym mocniej jestem przekonana, że właśnie dzisiejszą Ewangelią Jezus wkłada kij w moje mrowisko. Nie po to, żeby coś zburzyć, ale po to, żebym zobaczyła nowe możliwości. Żebym odkryła nowe drogi w sytuacjach, które od lat noszą etykietkę: „zawsze tak było”.
Dlatego chcę dziś prosić o odwagę do wychodzenia ze schematów. Ale także o roztropność, żeby nie wylewać dziecka z kąpielą. O gotowość, by dać się prowadzić Jezusowi, a nie własnej potrzebie zmian za wszelką cenę.
Ale myślę też, że żeby to wszystko mogło się wydarzyć: żebym odważnie wychodziła ze schematów, roztropnie podejmowała decyzje, rozeznawała i szukała woli Bożej, potrzebuję czegoś jeszcze. Potrzebuję uznać, że Jezus jest Panem.
Jezus jest Panem mojego życia. Jest Panem wszystkich sytuacji, moich relacji, moich wyborów i tego wszystkiego, co mnie spotyka.
I właśnie przez pryzmat tej prawdy chcę patrzeć na swoje życie. Przez pryzmat prawdy, że On jest. Że jest Panem. Że ma władzę nad tym wszystkim. Nie władzę w znaczeniu panowania czy kontroli, ale w znaczeniu troski. Że zajmuje się tym, obejmuje swoim spojrzeniem całą mnie i cały świat, który mnie otacza.
Nie chcę wychodzić ze schematów tylko dla samego wychodzenia z nich. Nie chcę szukać nowych dróg tylko dlatego, że są nowe. Nie chcę zmieniać czegoś tylko po to, żeby było inaczej. Chcę szukać Jezusa. Chcę szukać Jego woli. Chcę dać się prowadzić Jemu.
Bo jeżeli na tych nowych drogach nie ma Pana, jeżeli nie ma Jezusa, który jest Panem, to sama zmiana nie ma większego znaczenia.
Psalmista modli się dzisiaj: „Obfity pokój dla miłujących Twoje Prawo”. Myślę, że właśnie taki pokój otrzymuje człowiek, który pozwala Bogu poruszać swoje mrowisko. Nie ten, który kurczowo trzyma się starych ścieżek, ale ten, który ufa, że wszystkie jego drogi są przed Panem. Nawet wtedy, gdy jeszcze nie wszystko rozumie. Amen.
s. Monika Maria Gołaś
Jezus, nauczając w świątyni, zapytał: «Jak mogą twierdzić uczeni w Piśmie, że Mesjasz jest synem Dawida? Wszak sam Dawid mówi mocą Ducha Świętego:
„Rzekł Pan do Pana mego: Siądź po prawicy mojej, aż położę Twoich nieprzyjaciół pod stopy Twoje”. Sam Dawid nazywa Go Panem, jakże więc jest tylko jego synem?» A liczny tłum chętnie Go słuchał. (Mk 12, 35-37)